Po kilku dniach spędzonych w Ho Chi Minh, nie mogąc się doczekać na bagaż postanowiliśmy, że ruszymy w Wietnam z jednym tylko plecakiem i bez większości ubrań. Mój plecak w tym czasie zwiedzał Instambuł, dzięki uprzejmości połączonych sił Air China i obsługi naziemnej Okęcia. 

Mieliśmy początkowo nieco inne plany ale patrząc na harmonogram i listę rzeczy które chcemy zrealizować przez niecałe trzy tygodnie, które nam pozostały postanowiliśmy, że sprawdzimy na własnej skórze wszystkie informacje z jakimi się spotkaliśmy na temat uroku Delty Mekongu. 

Delta Mekongu – jak dotrzeć?

Aby rozpocząć eksplorację Delty Mekongu startując z Sajgonu najlepiej udać się do Can Tho. To największe miasto w tej części Wietnamu i dobra baza wypadowa na jedno lub dwudniowe wycieczki po okolicy. Jest kilka możliwości dotarcia tam. Jak jesteście wygodnicką ekipą to najlepiej wybrać wycieczkę oferowaną przez liczne biura podróży. Koszt takiej wycieczki to od 300 000/500 000 dongów za jeden dzień po 500 000/1 000 000 dongów za dwa dni.

Można też wybrać się tam samodzielnie autobusem kuszetkowym. My wybraliśmy taką opcję. Jest to najlepszy środek transportu w całym Wietnamie pomiędzy dużymi miastami. Opiszemy je dokładnie w oddzielnym wpisie. Koszt przejazd z Sajgonu do Can Tho zależy od Waszych zdolności negocjacyjnych i terminu odjazdu. My zapłaciliśmy po 80 000 dongów co było bardzo dobrą ceną. Opiszemy korzyści i minusy obu rozwiązań tak żebyście mogli wybrać sami co bardziej Wam pasuje. 

Delta Mekongu – co oferują biura podróży?

Biuro podróży oferuje odbiór spod hotelu w Sajgonie, transport przez jeden lub dwa dni, lunche, nocleg w hotelu jedno lub dwu gwiazdkowym, przejazd przez wszystkie możliwe sklepy dla turystów, zwiedzanie jednej świątyni i przepłynięcie wspólną dużą łodzią na Cai Rang Floating Market, główną atrakcję. Dodatkowo przepłynięcie małą łódką przez kilka pobocznych kanałów i transport do Sajgonu. 

Jest na pewno bezpiecznie, w dobrym tempie najgrubszego amerykanina w grupie. Zdecydowanie bardzo turystycznie i w sumie mało lokalnie. Zdjęcia na pewno zrobicie super, bo spotkacie po drodze na market Wietnamczyków zatopionych, czasem dosłownie, w swojej codzienności. 

Delta Mekongu – jak zrobić samodzielnie?

Jeśli śledziliście naszą relację dzień po dniu na facebooku to wiecie, że wybraliśmy się do Can Tho i w deltę Mekongu samodzielnie. Początek drogi znajduje się na dworcu autobusowym Mien Tay Bus Station w południowym Sajgonie. 

Warto przejść się po wszystkich dostępnych okienkach sprzedawców, którzy reprezentują poszczególne firmy transportowe, w celu znalezienia najbardziej optymalnej oferty. Pamiętajcie, że można negocjować cenę. Przy wyborze oferty warto oczywiście wziąć pod uwagę również kiedy dany autobus odjeżdża i jaki ma standard. 

My po krótkich negocjacjach znaleźliśmy transport za 80 000 od łebka. Dojazd do Can Tho zabiera około 4-5 godzin. Po drodze odwiedzicie przynajmniej jeden postój oraz zobaczycie piękne peryferia Wietnamu. Na postoju możecie kupić przekąski oraz przeróżne owoce. Warto poszperać i nabrać dużo prowiantu bo owoce w takich miejscach schodzą bardzo szybko i na pewno są zerwane z samego rana. 

Po kilku godzinach dojechaliśmy do Can Tho, które jest piątym największym miastem Wietnamu. To dość kolorowe i ciekawe miasto przyklejone z wielu stron do odnóg Mekongu. Sam Mekong miniecie dużo wcześniej. No właśnie, warto wspomnieć, że liczne odnogi Mekongu na tym odcinku mają już nazwy własne. Can Tho leży nad rzekami Son Hau i Song Can Tho. 

To było nasze drugie miast po Sajgonie jakie odwiedziliśmy w Wietnamie i odczucie było takie, że jest dużo spokojniej choć nadal ilość ludzi była olbrzymia. W samym centrum jest sporo małych bazarów ze wszystkimi możliwymi towarami. Na straganach widzieliśmy w sprzedaży nawet kaktusy, ogrodowe krasnale i tym podobną egzotykę dla tych szerokości geograficznych.     

Hotel wybraliśmy na podstawie lokalizacji (blisko rzeki), zdjęć z Agoda oraz krótkiej i niezbyt dokładnej wizji lokalnej. Pokoje były bardzo tanie – zapłaciliśmy mniej niż 500 000 dongów za dwa, ale okazało się, że w jednym nie zamykało się okno, które wychodziło na ulicę a w drugim coś co myśleliśmy, że jest niepomalowaną ścianą po remoncie okazało się okazałym grzybem. No cóż, zmęczone gały nie widziały co brały.

Delta Mekongu – jak wybrać łódź?

W hotelu zapytaliśmy o łódkę, która nas zabierze na markety i w kanały. Dostaliśmy dość ciekawą ofertę – za jakieś 600 lub 700 tysięcy dongów. Na tej łodzi nie bylibyśmy jednak sami w czwórkę tylko jeszcze inni turyści. Szukaliśmy więc dalej. Spacerując wieczorem po deptaku w Can Tho mniej więcej co 27 metrów będziecie zaczepiani przez przedstawicieli lokalnych biur oferujących Wam niesamowite doznania. Przyjmijcie, że wszyscy pokażą Wam to samo. Istotne są więc trzy zmienne:

  • cena,
  • czy łódź jest mała czy to statek turystyczny,
  • czas wycieczki.

My od początku szukaliśmy małej łodzi, z lokalnym sternikiem, który da się namówić na jakiś dodatkowy czas na rzece w zamian za drobną opłatę. Szczęśliwie znajoma, która dołączyła do naszej czwórki w Can Tho poznała dzień wcześniej jakiegoś lokalnego działacza, który pomaga zdobyć klientów na pływanie jakiejś starszej pani. Cena u niej to 400 000 dongów, odpływamy o 5:00, przed wschodem słońca i pływamy 6-7 godzin. Brzmiało świetnie i w rzeczywistości poza tym, że łódka była niepozorna i miała lekko niepokojący przechył to była idealna.

Jeśli zdecydujecie się na opcję organizacji samodzielnie to naprawdę warto poszukać kogoś bardzo lokalnego i pomóc tym samym komuś, kto ledwo wiąże koniec z końcem. My po całej podroży zostawiliśmy Pani sowity napiwek co nadal było kwotą dużo niższą niż oferty z jakimi zetkniecie się na deptaku.

Delta Mekongu – rzeka ludzi

Ruszyliśmy przed świtem, mieliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów do przejścia od hotelu do przystani. Co ciekawe rzeka (w tym miejscu to Song Can Tho) w nocy ma znacznie wyższy poziom niż wieczorem. Okazało się, że droga do przystani jest zalana i że musimy przejść przez jakiś zalany mętną wodą zaułek – oczywiście bez butów. Uznaliśmy, że aż tak nam nie zależy na czasie i poprosiliśmy Panią aby podpłynęła z drugiej strony przystani gdzie można zejść do wody nieco bezpieczniej. Pomimo wczesnej pory w mieście były już otwarte stragany z mięsem a przystań była pełna czekających lokalnych ludzi pędzących do swoich obowiązków.

Nasza przewodniczka okazała się bardzo sędziwą, zgarbioną panią. Łódka podskakiwała mocno na falach, miała lekki przechył, pani rozdała nam kapoki co delikatnie poprawiło nasze samopoczucie. Szczęśliwie okazało się, że Pani jest mistrzynią wiosła i silnika spalinowego i radzi sobie na rzece lepiej niż się można było spodziewać. W świetle księżyca podpłynęliśmy do jednej z wielu pływających stacji benzynowych. Po tankowaniu – oczywiście do plastikowych butelek – ruszyliśmy na targ Cho noi Cai Rang.

Po drodze zaczęło się przejaśniać a my zrozumieliśmy dlaczego warto tu przyjechać. W świetle budzącego się dnia mieliśmy szansę zobaczyć budzące się życie przy rzece. Przepływając tuż obok czyjegoś domu można tu zajrzeć komuś do życia, uchwycić go w jego codziennych zajęciach, które przeplatają się z rzeką, czasem w zaskakujący sposób. Na przykład pranie wiszące na sznurkach zanurzone, z uwagi na przypływ, w wodzie, albo mycie talerzy w rzece, która ma pewnie całą tablicę Mendelejewa, albo też szykowanie się do pracy przez wytworną kobietę, której woda wdziera się prawie do salonu.

Tysiące obrazów, które warto zapamiętać bo są wyjątkowe i prawdziwe. Jest też kilka obrazów, których nie chcielibyśmy zobaczyć, takich jak napuchnięte ciało zdechłego psa, indyka czy duże ilości plastiku pływające w rytmie fal.

Delta Mekongu – targ Cho Noi Cai Rang

Przygotowując się do tej wycieczki naczytaliśmy się, że koniecznie trzeba tu przypłynąć, bo taki spektakularny ten market. Mówiąc szczerze nie jest jakiś ogromny, spodziewaliśmy się naprawdę dużej ilości turystów i handlarzy. Na miejscu byliśmy przed główną falą turystyczną, która zalewa to miejsce miedzy 7 a 9. Łodzi sprzedających było pewnie około setki ale nie stały w zbitej kupie a dość luźno unosiły się na rzece.

Warto wspomnieć, że ten market nie jest bazarem detalicznym. Tutaj handel odbywa się z większych łodzi, które oferują różne owoce i warzywa. Kupcami są detaliści, którzy rozwożą towar dalej, na inne mniejsze i lokalne targi. Handlarze jak i kupcy są już przyzwyczajeni do aparatów turystów i nie wiele sobie robią z tego, że ktoś ich obserwuje. A jest co obserwować. Na barkach handlowych poza samymi sprzedawcami są często ich rodziny, często wielopokoleniowe. Spędziliśmy sporo czasu obserwując jak sprawnie współpracują przy załadunku sprzedanego towaru.

Kolejną ciekawostką jest swoisty system informacji o dostępnym towarze. Otóż na wysoko zamocowanym kiju wiszą wybrane typy dostępnego na danej łodzi asortymentu. To dość osobliwy, ale bardzo skuteczny system reklamowo-informacyjny. Podczas naszego pobytu w tym miejscu, który trwał około 30 minut wiedzieliśmy, że ruch turystyczny się nasilał a lokalni kupcy pojawiali się już coraz rzadziej.

Trzecią rzeczą wartą wspomnienia jest to, że na tym targu pierwszy raz spotkaliśmy się z mobilną kawiarnią. Wygląda to tak, że podpływa do Ciebie dość szybko łódź, najczęściej kierowana przez jakąś kobietę, oczywiście znająca naszą przewodniczkę i za naprawdę drobną opłatą oferuje kawę lub inne napoje oraz kokosy i banany. My skorzystaliśmy skwapliwie z tego dobrodziejstwa kilka razy. Co ciekawe, z takich usług korzystają nie tylko turyści ale także sami handlarze.

Delta Mekongu – lokalny targ przy moście

Jeśli pojedziecie z biurem podróży to jest szansa, że tu skończy się Wasza lokalna wycieczka. Zabiorą Was jeszcze na przepłynięcie kilku kanałów i do kilku fabryk: makaronu ryżowego i na przykład jakiejś plantacji. Oczywiście warto wyjść i zobaczyć co tam dają. My też to oczywiście zaliczyliśmy w drodze powrotnej ale wcześniej mieliśmy w planach jeszcze jeden dodatkowy punkt programu. Mianowicie wizytę na lokalnym detalicznym pływającym targu.

Dopłynięcie tam zabrało nam około 40 minut, po drodze spotykaliśmy takie cuda jak między innymi zakład pogrzebowy z wystawionymi w stronę rzeki trumnami, warsztat samochodowy, sypialnię jakiejś pani a także pana, który mył swojego pięknego koguta. Mijaliśmy także wiele łodzi osobowych i towarowych, większość mijanych nas osób machała i uśmiechała się poza jedną panią, która dłubała sobie w nosie. Najwidoczniej musiała. Poza tym mijaliśmy kilka promów i ogromną masę rozpadających się lub lichych domków, których wnętrza i mieszkańcy ciekawili nas najbardziej.

Widzieliśmy pranie, sprzątanie, gotowanie i mycie naczyń. Niby normalne domowe czynności, ale w tym miejscu mają jakiś niesamowity smak – nieco przerażenia z uwagi na brudną, jak nam się wydaje, rzekę a z drugiej strony zachwyt nad pięknem tych prostych czynności w takim “opakowaniu” wizualnym. Po to się podróżuje, aby obserwować innych przy normalnych czynnościach. Zawsze staramy się nie oceniać tego co widzimy tylko zachwycać się jak życie na naszej planecie jest różnorodne.

Gdy dotarliśmy do lokalnego marketu byliśmy urzeczeni. Zero turystów, sami lokalni ludzie, różnokolorowi, uśmiechnięci i przekrzykujący się. Ktoś nam pokazał język, właściciel kawiarni pozował nam pięknie do zdjęć, zjedliśmy zupę Pho, kupiliśmy banany, ananasa i zrobiliśmy kilkaset zdjęć. Najbardziej urzekł nas chyba dziadek trzymający parasol nad wnuczkiem, aby słońce nie świeciło na niego zbyt mocno.

Bardzo trudno było nam stąd odpływać. Spędziliśmy tam prawie godzinę. W końcu nasza pani zrobiła zakupy do domu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Co ciekawe nie ma tego miejsca na mapie, nie jest oznaczone, turyści tu prawie nie zaglądają co tym bardziej nam się podobało.

Delta Mekongu – pływanie po kanałach

W drodze powrotnej wpłynęliśmy do kanałów, których w okolicy Can Tho jest całe mnóstwo. Pani wyłączyła silnik i przeszła na wiosła. Tu co chwila zza zakrętu wyłaniała się ciekawa scena. A to pani kąpiąca malutkiego pieska w rzece, a to kobieta samotnie wiosłująca w górę rzeki z łodzią pełną kokosów. Od czasu do czasu mijamy małe domy, wciśnięte w gęstą dżunglę. Zupełnie inny krajobraz niż przy głównej rzece Song Can Tho.

Wróciliśmy do hotelu około 14, więc prawie 9 godzin pływaliśmy po Delcie Mekongu za jedyne 400 000 dongów (plus napiwek) za pięć osób. To co zobaczyliśmy i zabraliśmy ze sobą dalej jest bezcenne. Życie ludzi, którzy codziennie zmagają się z rzeką jednocześnie żyją z nią i dzięki niej, jest fascynujące i jednocześnie wydaje się szczęśliwe. To niesamowite, że żyjąc w tak trudnych warunkach nie schodzi im uśmiech z twarzy a życzliwością mogą obdzielić kilka narodów.

Ten udany wypad nie był jedyną dobrą wiadomością tego dnia. Dostałem w końcu telefon z lotniska, że mój bagaż dotarł w końcu do Sajgonu i mogę go odebrać. Po szybkim przepakowaniu się ruszyliśmy w dalszą drogę, ponownie do Ho Chi Minh z zamiarem pokonania tego dnia jeszcze kolejnych prawie 400 km z metą w Mui Ne.

Autor

"Przygoda" to bardziej ja. To ten brzydszy z pary autorów. Uwielbiam poznawać świat i spotykać go za progiem. Po paru tygodniach po powrocie do domu już mnie nosi i zaczynam planować kolejną podróż. W naszym tandemie odpowiadam za logistykę podróży, planowanie tras i dodawanie kolejnych punktów na mapie. Najlepszą podróżą dla mnie jest ta, którą akurat planuję.

Napisz swój komentarz

Pin It